Niedawno pisałem, że miejscem narodzin i rozkwitu indie rocka była Wielka Brytania - jest nadzieja, że wyspiarskie prądy dotrą również do Polski! Dzisiaj wpadłem na warszawską formację Gra Pozorów. Chłopaki grają łagodnego, rytmicznego rocka zbliżonego do nurtu rocka niezależnego. Polskojęzyczny – to miło – wokal brzmi bardzo schludnie.
Najsłabiej wypadła spokojniejsza piosenka pt. Pani E – muzykom brakuje pomysłu na urozmaicenie wolniejszych kompozycji. Ale na szczęście w bardziej dynamicznych partiach radzą świetnie, czego przykładem jest Casting na przyjaciela. Z miłą chęcią usłyszałbym ich na żywo, gdyby przyjechali do mojego miasta. Bo na razie pokazali zbyt mało, żeby wyciągnąć mnie aż do stolicy.
Pozostaje mi tylko zachęcić Was do przesłuchania próbek warszawiaków na myspace.com i kibicowania im w drodze do wydania regularnego longplaya. Na pewno są czymś świeżym.
poniedziałek, 17 grudzień 2007
To tylko Gra Pozorów
niedziela, 16 grudzień 2007
Czekam na The Spirit
Frank Miller to sprawdzony człowiek – ceniony komiksiarz i aspirujący reżyser. Zrealizował razem z Robertem Rodriguezem ekranizację swojego własnego komiksu – Sin City. Zrobił to świetnie, wytworzył na ekranie fenomenalny nastrój kina noir. Teraz wziął się za kinową wersję kanonicznego komiksu Willa Eisnera – The Spirit.
Mam nadzieję, że Frank znowu pokaże, co potrafi. Estetyka jest nieco podobna do tej z Miasta Grzechu – znowu mamy samotnego detektywa, prochowce, piękne femme fatale... No i tytułowy bohater nosi czerwony krawat – już sobie wyobrażam, jak Miller przedstawi to na ekranie: cały plan skąpany w odcieniach szarości i kontrastowa czerwień powiewająca na wietrze za kroczącym aleją mrocznego miasta bohaterem. Kto pamięta Sin City, ten wie, o co mi chodzi.
Czekam na ten film z utęsknieniem – komiksowy pierwowzór znam tylko z informacji, które udało mi się wygrzebać w sieci, ale czuję, że obcuję z ważnym elementem kultury amerykańskiego komiksu. Poza tym, bardzo miło jawi mi się wizja odświeżenia czarnego kryminału we współczesnej, nieco postmodernistycznej wersji. Wyobraźnia pracuje.
A Ty na co czekasz?
News: Prace nad The Spirit trwają
poniedziałek, 10 grudzień 2007
„Jestem dzikim fanem muzyki indyjskiej”
Bardzo lubię współczesnego rocka spod znaku indie. Choć sama nazwa (od independent – niezależny) jest w jego przypadku nieco na wyrost, bo gatunek jest równie skomercjalizowany jak każdy inny, to sama nazwa jednak coś znaczy. Jest to muzyka według mnie spokrewniona z alternatywnym rockiem, choć odmienna. Niektórzy mówią, że indie rock to spuścizna Nowej Rockowej Rewolucji przełomu wieków XX i XXI. Ja sądzę, że indie rock to to po prostu alternatywna brytyjska (w przewadze) kultura muzyki gitarowej, odpowiedź na krzewiący się tu i ówdzie pop rock. Ale moje wyznaczniki nurtu „niezależnego” są w tym przypadku dalece subiektywne.
Dla mnie indie rock to po pierwsze muzyka oparta o gitary elektryczne. Po drugie – polegająca na nieskomplikowanych muzycznie kompozycjach, wzbogaconych często elektroniką albo mocno garażowym brzmieniem. Każdy zespół dąży do wypracowania indywidualnego stylu, który trudno z czymkolwiek pomylić. Przerażająca większość kapel przynależnych do gatunku pochodzi z Wysp Brytyjskich, które można uznać za ojczyznę indie rocka.
Muzycy stosują szereg elementów, które nadają ich twórczości wspólny mianownik. Bardzo popularnym zabiegiem jest stawianie ściany dźwięku – jednostajnych, albo nieskomplikowanych partii gitary rytmicznej, która cały czas siedzi sobie gdzieś w tle. Najwyraźniej prezentuje tą metodę nowojorski Interpol. Muzycy często rezygnują z grania skomplikowanych solówek i stawiają na krótkie, zwięzłe kawałki nie przekraczające pięciu minut.
Charakterystyczny jest też ubiór przedstawicieli indie rocka – nierzadko przesiąknięty brytyjskością, młodzieżowo-elegancki i po prostu nie do pomylenia. Muzycy mieszają w swojej garderobie różne nurty, podobnie jak w swojej twórczości czerpią inspiracje z punku, electro, rock'n'rolla, post-punku i wielu innych muzycznych sfer. Toż to czyste uosobienie post modernizmu, nic by innego!
W kolejnych notkach postaram się przybliżyć najbliższe mojemu gustowi kapele indie rockowe, tymczasem odsyłam do przeszperania last.fm pod paroma wskazanymi niżej linkami.
Zapraszam do komentowania.
Arctic Monkeys
Bloc Party
Kasabian
środa, 5 grudzień 2007
Każdy chciałby mieć kanciapę
Każdy chciał kiedyś mieć swoją kanciapę. Kanciapę, czyli takie pomieszczenie/miejsce, gdzie może frywolnie przesiadywać ze znajomymi, popijając od czasu do czasu chłodne piwo, pogrywając na pegazusie albo oglądając tanie filmy z archaicznych kaset vhs, które swój rozkwit mają daleko za sobą*.
Ja też zawsze chciałem mieć taką kanciapę i... dzisiaj moje marzenie się spełniło!
Miałem w domu jedno wolne pomieszczenie, zupełnie (do wysokości ok. metra) zawalone pudłami i śmieciami jeszcze od przeprowadzki, od której upłynęło już wiele miesięcy. Po prostu moja rodzina tak ma, że wiele rzeczy bardzo długo odkłada na później. A to później przeważnie następuje dopiero po baaaardzo długim czasie.
Ale w końcu – zaprosiłem Ekipę, żeby pomogła mi ogarnąć cały ten syf i przerobić go w nastrojową klitkę. Z kartonów wypełnionych suchymi śmieciami i książkami, których nie zdołałem jeszcze wypakować, zrobiliśmy stelaż pod wypasiony, starszy ode mnie materac, który posłuży nam jako leżanka. Mam tam stary telewizor o średnicy mniejszej niż monitor mojego laptopa, dwa stare magnetowidy i jakieś vhs-y. Muszę jeszcze skombinować gramofon, bo w moim starym złamało się ramię – nie do naprawienia, niestety. Do tego przydałby się wzmacniacz, kolumny i koniecznie stara konsola spod znaku skrzydlatego konia! No i kaseciak, bo znalazłem stare nagrania Deep Purple, T.love i innych rockowych klasyków, które zupełnie inaczej zabrzmią z analogowej taśmy.
Co do samego nagłośnienia – jest jeszcze opcja wykorzystania nieużywanego starego kompa bez monitora. Przepuścilibyśmy przez jego kartę muzyczną sygnał z gramofonu i wypuścili na normalne komputerowe głośniki! Może nie będzie to wirtuozeria dźwiękowej jakości, ale za to jaki klimat! Ale uruchomienie winyli to nadal priorytet, zwłaszcza że mam radzieckie wydanie czarnej płyty Elvisa jeszcze z PRLu z nazwiskiem Presleya pisanym cyrylicą! Szał i szok!
Po to, czego jeszcze brakuje, pewnie wybiorę się z Ekipą na któryś lubelski targ (Ukraińców ci u nas pod dostatkiem, więc i ze straganami z elektroniką problemu nie będzie). Powinno być super!
Powiesiłem też plakaty z Warhammera – jeden na ścianie, a drugi na... suficie nad materacem! Jak się leży, to można podziwiać wypadek podczas czarnoksięsko-alchemicznych eskperymentów przedstawiony na plakacie z Królestwa Magii. Cool, huh?
Więcej zdjęć z kanciapy, na których widać tylko Miśka (bo ja robiłem zdjęcia, a reszta Ekipy musiała lecieć), znajdziecie tutaj. A tutaj zaledwie kilka fotek z zamkniętego w niedzielę Nawikonu 2007, na który wybrałem się do Rzeszowa – jednego z nudniejszych miast w Polsce.
Wreszcie będzie gdzie grać w RPG, albo pocinać w planszówki.
Dzięki Ekipie za pomoc, a czytelnikom za lekturę.
* - kanciapa - Mieszkanko do melanży, imprez i tym podobnych (Miejski Słownik Slangu i Mowy Potocznej).
sobota, 24 listopad 2007
Miękka zombie-kluska (Resident Evil: Zagłada)
Filmy na podstawie gier komputerowych nigdy nie są najwyższych lotów. I nie ma co marudzić, że to nie jest reguła, albo że nie wolno tak generalizować. W przytłaczającej większości przypadków filmowe adaptacje gier to gnioty i pulpy. Ale niekiedy do tych pulp czujemy pewien sentyment. Ja czuję taki sentyment do cyklu Resident Evil. Nie wiem w zasadzie skąd on się wziął i czym jest uzasadniony. Moja przygoda z konsolowym pierwowzorem trwała bardzo krótko i zakończyła się tragicznym rozstaniem. Skąd więc moje przywiązanie do kinowej wersji tego alternatywnego zombie horroru?
Ten cykl zawsze miał w sobie coś ciekawego. Wszechwładne korporacje, wirus zombie, walka o przetrwanie poszczególnych bohaterów, zawsze podobna struktura biegania po pełnych potworów labiryntach i psy-zombie. Zabrakło tylko barykadowania się w centrum handlowym jak w Świcie żywych trupów, a byłby to mój ulubiony film wszech czasów.
Trzecia część odstaje od kanonu jedynki i dwójki. Przez trzy czwarte seansu oglądamy alternatywną post-apokalipsę, utrzymaną nieco w estetyce drugiej części Mad Maxa. Dopiero pod koniec Alice schodzi do ukrytych pod poziomem pustyni w Nevadzie laboratoriów i widzimy to, do czego poprzednie dwie części cyklu nas przyzwyczaiły.
O ile taka sytuacja może irytować zatwardziałych fanów serii i zwolenników powtarzania w kółko tego samego, ja byłem takim obrotem spraw usatysfakcjonowany. Akurat wątek post-apokaliptyczny wyszedł w filmie moim zdaniem najlepiej. Na dodatek twórcy wprowadzili do filmu kolejne novum: odświeżyli główną bohaterkę ubierając ją w coś innego niż nieodłączna czerwona sukienka i wysokie, zupełnie nie-sexy buty. Znowu fanboje mogą się zdenerwować, że to już nie ten sam film bez tamtego ciuszka.
Fabuła stara się trzymać jako taki poziom. Wiadomo, że nie ma się po niej co spodziewać fajerwerków, więc trudno się do niej przyczepić. Znacznie bardziej smutne jest to, że ten film zupełnie nie wciąga – widz siedzi w kinowym fotelu i zupełnie beznamiętnie śledzi losy bohaterów. Do żadnego z nich nie da się przywiązać, a losy ich wszystkich są dla nas zupełnie obojętne. To pewnie dlatego, że twórcom zabrakło czasu i pomysłu na przedstawienie poszczególnych postaci w nieco szerszy sposób. Poza tym zarzynają ich wszystkich w jednej sekwencji, trwającej nie więcej niż pięć minut, zatem trudno jest traktować postaci drugoplanowe inaczej niż stado statystów.
Film jest pozbawiony dramatyzmu, o którego wzbudzenie zdaje się autorom chodziło. A to działa na jego niekorzyść. Resident jest po prostu filmidłem, o którym dzień-dwa później się zapomina.
P.S. Galeria zdjęć Mili Jojovich (główna rola) dla Maxima i nie tylko.
czwartek, 22 listopad 2007
Fenomen ściętego jaja
Wróciłem dzisiaj do domu i dorwał mnie głód. Ale nie taki mały głód jak z reklamy serków, tylko taki poważny, męski, ociekający testosteronem głód. Ruszyłem więc do boju – w pierwszej kolejności dostało się sałatce z tuńczyka, a potem zdecydowałem się na danie główne. Była nim... jajecznica na szynce, z dodatkiem kiszonych ogórków i bułki-parówki (takie podłużne jasne pieczywo) z masełkiem irlandzkim (takie solone, polecam).
Kiedy jajecznica i cała ta reszta leżały już na talerzu i czekały na konsumpcję, naszło mnie na chwilę refleksji: hej, jajecznica nigdy nie jest za gorąca, żeby ją jeść. Często okazuje się za zimna, zwłaszcza w stołówkach, ale za gorąca nigdy. To spostrzeżenie przez chwilę przetrzymało mój umysł w napięciu, aż nagle doznałem skromnego, mało znaczącego, ale jednak – olśnienia! Przecież smaży się ją na tyle krótko, że dopiero co wyjęte z lodówki jajka nie zdążą się ogrzać do nie wiadomo jakiej temperatury. I oto wyjaśnienie fenomenu ściętego jaja.
środa, 21 listopad 2007
Zagubieni - pierwsze starcie
Jeśli chodzi o te wszystkie nowe seriale zza oceanu, jestem cholernie zacofany. Nie mam czasu i determinacji, żeby je oglądać. Brakuje mi cierpliwości, żeby być w stanie przeczekać nudne nieraz początki. Dlatego z założenia nie oglądam seriali. Wyjątek stanowią kreskówki, ale one trwają przeważnie o połowę krócej i mam je legalnie za darmo w sieci.
Ale dzisiaj coś we mnie pękło. Zaproponowałem mojej lubej obejrzenie pierwszych odcinków Lostów. No i wpadłem jak śliwka w kompot. Nie mogę się doczekać jutrzejszego maratonu z Zagubionymi.
Ten serial interesował mnie od początku swojej kariery w Polsce. Kumple z treningów (kiedy jeszcze trenowałem taekwon-do) gadali ciągle o jakichś rozbitkach na porąbanej wyspie, a serwisy informacyjne huczały od plotek i newsów z planów serialowych hitów. Ale ja mam zawsze tak, że kiedy panuje na coś moda, ja przejawiam postawę buntowniczą, a potem, cichcem, sam oddaję cześć złotemu cielcowi, którego nie tak dawno omijałem szerokim łukiem.
Są w Zagubionych postaci dzielnego twardziela, ciamajdowatego grubasa, inteligentnej seksbomby, durnej amerykańskiej panny – wszystkie archetypy konieczne, żeby serial odniósł kasowy sukces. Popularność przynoszą bowiem skonstruowani w klasyczny sposób bohaterowie, których widz może powkładać do konkretnych szufladek, nagłe zwroty akcji i dobrze skonstruowane, zamaskowane cliffhangery. Już po obejrzeniu pierwszych dwóch odcinków mogę stwierdzić, że tych składowych na pewno w serialu nie zabraknie. Dodatkowym atutem Lostów jest to, że z każdą postacią wiąże się jakaś historia z przeszłości, na której temat scenarzysta dozuje informacje bardzo powoli, zaostrzając z odcinka na odcinek apetyt widzów. Ten serial po prostu kręci się wokół swoich bohaterów i tak w dobrym serialu być powinno!1
Mam nadzieję, że nie zamienię się w serialoholika.
1- Moje wywody opieram na skąpej jak na razie znajomości Zagubionych i opowiastkach znajomych, nie traktujcie mnie jako wyroczni.


